sobota, 20 września 2014

Rozdział 8: Powrót Damona do szkoły

Następnego ranka szybko pobiegłyśmy z Ivanne na śniadanie, jeszcze szybciej je zjadłyśmy i popędziłyśmy do skrzydła szpitalnego, aby odwiedzić Damona. Koniecznie chciałyśmy zobaczyć się z nim jeszcze przed lekcjami. Jednak kiedy wpadłyśmy do sali chorych, nie zastałyśmy go tam. Okazało się, że pani Pomfrey zdecydowała się go dłużej tu nie przetrzymywać, bo uznała to za bezcelowe. Nie powiedziała tego wprost, ale gdy z nią rozmawiałyśmy, nie trudno było się domyślić, że po prostu nie jest w stanie już nic więcej dla Damona zrobić.
- Dziwne - powiedziała ni stąd, ni zowąd Ivanne, kiedy stałyśmy na wiozących nas na czwarte piętro schodach; za parę minut mieliśmy tam Historię Magii.
- Co takiego? - spytałam, gdy głos Iv wyrwała mnie zamyślenia.
- Mówiłam, że to jest dziwne. No wiesz... Damona wypisali, a nawet do nas nie przyszedł, nic nie powiedział. Pewnie był na śniadaniu, a też do nas nie podszedł... Myślisz, że nas unika? - Ivanne zmarszczyła brwi. W jej oczach malowała się uraza.
- Nie... na pewno nie - odpowiedziałam, schodząc ze schodów i ruszając w głąb korytarza. A Ivanne za mną. - Po prostu... musisz zrozumieć, że dla Damona to nie jest łatwa sytuacja... Pewnie potrzebuje trochę pobyć sam, oswoić się z myślą o... o sama wiesz czym... - ściszyłam głos. Ze względu na Smitha lepiej będzie, jeśli nikt nie dowie się, że w ogóle cokolwiek jest z nim "nie tak". - Musimy być wyrozumiałe. Kiedy już się z nim spotkamy, z całą pewnością nas nie oleje. Tylko teraz tak... No wiesz.

sobota, 13 września 2014

Zaiweszam? To zależy od was.

DO WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW Z JAKIEGOKOLWIEK MOJEGO BLOGA! :
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Słuchajcie, wiecie, że was uwielbiam, zaznaczałam to już na pewno wiele razy, ale teraz to jestem wkurzona. I to na maksa.
Wyjaśnicie mi, jak to jest, że ja kombinuję jak koń pod górę, byleby tylko znaleźć chwilkę na napisanie rozdziału w przerwach w nauce, chociaż mogłabym w tym czasie sama odpocząć np. oglądając film czy czytając dalej ukochaną książkę, myślę codziennie (tak, codziennie) nad nowymi rozdziałami, nowymi scenami, albo udoskonalam wcześniej zaplanowane sceny, a ponad to na 3 z 5 blogów wymyślam coraz to nowe ciekawostki, projektuję na różne blogi nowe znaki, symbole (jak symbol Zdrajców na PoA, Znak Nerimich na POFE, symbol Karytów na PoA i Znak Omarium są w przygotowaniu podobnie jak znak Verisseta na TDH), a wy niczego nie doceniacie? Nie mówię, że macie mi dziękować, czynić pokłony czy coś,. Nie. Chodzi mi tylko o zwyczajny komentarz. Kilka zdań, czy proszę o tak wiele w ramach wynagrodzenia za kilkugodzinne, kilkudniowe albo czasami kilkutygodniowe pisanie rozdziału? "Było super, podobało mi się to i tamto" albo "Myślę to i to, ale dobra rada - popracuj nad tym wątkiem jeszcze, bo coś tam, coś tam..." - naprawdę proszę o tak wiele?
Dobrze wiecie, że kocham pisać, to moja pasja, moje życie, ale przez to zastanawiam się, czy to ma w ogóle sens. Może zawiesić? Bo czuję się, jakbym pisała tylko dla siebie albo dla max. 5 osób, a przecież wyświetlenia wskazują na co innego. Rozdziały mają średnio od 100 do ponad 300 wyświetleń [zależy jaki blog], wiec to chyba ciut za dużo jak na zwykłe kliknięcie w rozdział przez przypadek i szybkie wyjście. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Wyjaśnijcie mi też jak to jest, że rozdział wyświetliło no załóżmy te 200 osób, a skomentowało 5 zaledwie? No ludzie, proszę was! Wiem, że nie każdy ma konto na bloggerze, ale :
A. Zawsze można sobie założyć - to proste i darmowe.
B. W ustawieniach bogów mam, że można komentować anonimowo, czyli nie mając konta, ale wtedy proszę podpisywać się chociaż jakimś pseudonimem np. ABC, Emma, nawet kurde MC KABACZEK aka Melchior, jeśli macie taką ułańska fantazje.
C. Zawsze możecie do mnie napisać swoją opinię na facebooku albo na asku. Nie wstydźcie się, niektórzy już tak robili i nikogo nie zjadłam.
Ponadto na żadnym z blogów (oprócz tymczasowo PoA, ale to z pewnego powodu...) nie ma włączonej weryfikacji obrazkowej, więc piszecie kom, klikacie 'opublikuj' i ot cała filozofia.
Ludzie, czy naprawdę to dla was taki wysiłek?
A może rozdział naprawdę przeczytały tylko te cztery czy pięć osób? Jeśli tak, to chyba najlepiej będzie (jak mówiłam) zawiesić, bo i tak każdy ma w czterech literach moją pracę, to że się staram i poświęcam (może marnuję?) na to tyle czasu. Nadmieniam, że nawet przed samym testem gimnazjalnym pisałam, żeby waz nie zawieźć.
I proszę, nie wykręcajcie się tu szkołą, bo skoro mieliście czas przeczytać 10-stronnicowy rozdział, to macie czas też napisać te parę wyrazów w komentarzu.
Wcześniej nie stosowałam systemu : "Jak będzie 10 - 15 czy 20 komentarzy, to dopiero dodam kolejny rozdział", ale chyba czas się na to przerzucić. Jeśli zobaczę, że po mojej prośbie nadal macie to wszystko  gdzieś, rozdziały będę wysyłała tylko na prywatnego maila osób, które zadają sobie ten trud, by skomentować np. Furt Sword, Elfik Elen, Zuzka M, Rebekah Mikkelson, Onnawen i tych kilku innych, których przepraszam, że nie wymieniłam.
NiE TRAKTUJCIE TEGO JAKO GROŹBĘ, BO TO ŻADNA GROŹBA. Jedynie zapowiedź.

Z poważaniem, Meridiane Falori (Sarikah Rossmary).


PS Ta wiadomość wstawiłam na wszystkie moje blogi. Tutaj rzecz tyczy się poprzednich rozdziałów. Nowy postaram się dodać niedługo, jeśli nie będzie odzewu z waszej strony. Chyba wiecie, co pozostanie mi zrobić.

 CIEKAWE CZY CHOCIAŻ TO SKOMENTUJECIE :P  :(

piątek, 5 września 2014

Blog godny polecenia

 Cześć, chciałam wam dzisiaj polecić blog mojego przyjaciela - Stephana Rose. Na razie jest tylko króciutki prolog, ale wciągający. Przyznaję, ze mnie zainteresował, a trudno mnie zainteresować ;) Zachęcam do zajrzenia chociażby z ciekawości i poświęcania dosłownie 3 minut na przeczytanie prologu. I najlepiej skomentowanie. Dopiero zaczyna, więc myślę, że komentarze byłyby motywacją do dalszego pisania ;)
Oto opis :

Shadewoods to opowiadanie o Sally młodej dziewce, która odkrywa na nowo świat, który ją otacza. Poznaje barbarzyńską naturę ludzi, starożytną magię wiedźm i zmysłową rozkosz jakiej dopiero zazna. Historia skupia się na zapomnianych już dzisiaj inkwizycjach, przedstawionych trochę bardziej w fantastyczny sposób.

Meridiane Falori,
PS Nowy rozdział u mnie postaram się napisać szybko, przepraszam za opóźnienia, ale szkoła... :/

niedziela, 24 sierpnia 2014

Rozdział 7: Trudna rozmowa

Tego ranka obudziły mnie pierwsze promienie słońca, wlewające się do skrzydła szpitalnego przez kilka sięgających wysokiego sklepienia okien. Wszystko mnie bolało. Każde otarcie, każde zranienie. Czułam się podle po tym wszystkim, co się stało. Nadal nie mogłam się otrząsnąć. Rodzice odkąd tylko pamiętam przygotowywali mnie na takie sytuacje, ale teraz, gdy moje najgorsze koszmary stały się prawdą, nie łatwo było mi się uspokoić. Lecz mimo dręczącego mnie lęku, cieszyłam się, że uszliśmy z wczorajszego piekła z życiem. Naprawdę mieliśmy dużo szczęścia. Przynajmniej ja... Niestety Damon miał go nieco mniej... Przyrzekłam sobie, że zrobię wszystko, by pomóc mu uporać się z tym wszystkim. Wiedziałam, że i Ivanne pomoże. Dla niej też Damon był bardzo bliski.
- Śpisz jeszcze? - szepnęłam, odrzucając na bok sterylnie białą kołdrę szpitalną. Spojrzałam w prawo na leżącego na sąsiednim łóżku Damona.
- Nie śpię od jakiejś trzeciej w nocy - odpowiedział, obracając się twarzą do mnie. Był prawie tak samo blady jak pościel. Pod oczami miał sińce, na twarzy widoczne były liczne otarcia i zadrapania. Szyję Damona pani Pomfrey zabandażowała najlepiej, jak potrafiła. Na białym bandażu widziałam spore plamy od sczerniałej już krwi. - Jak się czujesz?  - spytał, siląc się na uśmiech, który i tak wyszedł mu dosyć blado. A i jego zazwyczaj wesołe, błękitne oczy teraz przepełnione były głębokim smutkiem i rozżaleniem, którego starał się nie okazywać.
- To chyba ja powinnam zadać ci to pytanie. Ty z nas dwojga jesteś bardziej poszkodowany - powiedziałam, po czym wygramoliłam się z pościeli i powędrowałam do Damona. - Jak rana? - spytałam z troską, siadając w nogach jego łóżka. - Bardzo boli?
- Znośnie - mruknął Krukon, a jego dłoń mimowolnie powędrowała do szyi. Gdy tylko palce chłopaka dotknęły miejsca, w które został ugryziony, skrzywił się, ale nawet nie pisnął - Bardzo znośnie.
- Rozumiem... Emm... Damon?
- Tak?

środa, 6 sierpnia 2014

Rozdział 6: Pytania pozostawione bez odpowiedzi



Cisnęłam jakimś zaklęciem - nawet nie wiem jakim, to wszystko działo się tak szybko - i oślepiająco biała strużka światła trafiła wilkołaka między żebra. Z potężną siłą czar odepchnął go kilka stóp dalej; wpadł na drzewo i zsunął się z dzikim jękiem po korze. Wykorzystując jego chwilowe zamroczenie, podbiegłam do krwawiącego Damona. Był bardzo blady na twarzy. Z dużej rany na jego szyi brodziła krew. Na dziś dzień przypadała pełnia, więc bałam się, że Damon zaraz zacznie się zmieniać, ale, ku mojemu zaskoczeniu, nic takiego się nie wydarzyło. Przynajmniej nie jeszcze. To dziwne... Nie było opcji, żeby mój przyjaciel nie został zarażony likantropią, ale jednak się nie przemienił od razu po ugryzieniu... Och, skup się, Eleno! Nie czas teraz na to!
Wilkołak doszedł szybko do siebie. Niezgrabnie podniósł swoje wielkie cielsko z ziemi. Łypał teraz na mnie groźnie dzikimi, przekrwionymi, żółtymi ślepiami.
- Conjunctivitis! – (oślepia ofiarę; działa równie silnie na zwierzęta gruboskórne, tzn. smoki, trolle, olbrzymy) zawołałam, mierząc w bestię. Niestety w trakcie rzucania zaklęcia, wilkołak rzucił się w moją stronę. Odskoczyłam, żeby się ratować, w gruncie czego chybiłam. Potwór nie dawał za wygraną. Pobiegł z impetem na wysokie drzewo, łamiąc je w pół. Nie zdążyłam się odsunąć, upadłam przygnieciona wielkim konarem. Wściekły stwór rzucił się na mnie i teraz byłam dodatkowo przygwożdżona do ziemi jeszcze jego cielskiem. Tylko pozazdrościć sytuacji! Myśl, Eleno, myśl! - poleciłam sobie w duchu.

- Depulso – (odpycha przedmioty od siebie) wyszeptałam, z trudem łapiąc powietrze. Drzewo z impetem poderwało w powietrze. Wilkołak pchnięty konarem przeleciał z cztery stopy do przodu. Leżał teraz lekko oszołomiony. Z jego pyska ściekała żółtawa ślina. Z niemałym trudem powstrzymałam odruch wymiotny. 

czwartek, 24 lipca 2014

środa, 23 lipca 2014

Rozdział 5 : Wilkołak

W tym roku wcześniej niż zawsze zaczynały się nabory do drużyn Quidditcha. Nietypową sytuację stanowiło również to, że po raz pierwszy od niepamiętnych czasów trzeba było odnowa skompletować cały zespół. No prawie cały, bo słyszałam, że podobno jeden z ubiegłorocznych graczy został kapitanem. Tak, słyszałam to właśnie od tego kapitana. Alex nie byłby sobą, gdyby  mi się nie pochwalił swoim awansem. Reszta graczy albo pokończyła szkołę (większość drużyny stanowili 7-roczni), albo miała "za dużo na głowie" ( sumy i te sprawy) lub po prostu nie chcieli dłużej grać. Postanowiłam, że skoro rok temu nic z tego nie wyszło, będę uparta i spróbuję szczęścia w tym. Nie wiedzieć czemu, tym razem kwalifikacje odbywały się późnym wieczorem, dawno po zapadnięciu zmierzchu. Po kolacji wróciłam po swoją miotłę do dormitorium, Iskrę 3000, najnowszy model, i pomaszerowałam na boisko. Drogę oświetlały liczne latarnie. Zżerała mnie trema. Bo co jeśli coś mi nie wyjdzie? Spadnę z miotły, pomylę się, albo w inny sposób zbłaźnię przed innymi Krukonami? I przed Alexem? Jestem pewna, że gdybym zrobiła coś kompromitującego, kuzynek nie zapomniałby mi tego do... no nigdy by nie zapomniał. Zostały mi jeszcze dwa lata szkoły i jeśli zawalę, jeszcze przez dwa lata można mi to wypominać... Niezbyt pocieszająca perspektywa, no nie? Z zamyślenia, które mnie ogarnęło po drodze, wyrwał mnie dopiero znajomy głos. Odwróciłam się gwałtownie. Za mną stał Cedric Whiteford. Jego jasne włosy jak zwykle były w nieładzie, a cudne oczy lśniły w blasku latarni. Moje serce zabiło szybciej.
- Nie wiedziałem, że chcesz grać w Quidditcha... Myślałem, że wolisz kibicować – uśmiechnął się Ced, podchodząc bliżej.